Basia i szczeniakiRodzina może się powiększyć na różne sposoby. Jednym z nich jest… wzięcie psa. Podobnie jak w innych przypadkach, wszystko wywraca się początkowo do góry nogami, jest frajda ale i stres, czas wzajemnego poznawania się i przystosowywania się do nowej sytuacji. Kto myślał, że to tak hop siup, mocno się zdziwi. Dziś rozmawiam z Anią, mamą trójki dzieci, o tym jak ich życie wywróciła do góry nogami pewna… Beza.

Beza się uczy

O psie opiekunie, a nie przytulance, opowiada Ania, mama Adasia, Marty i Ignacego

Wielki pies.

Wielki szwajcarski pies pasterski.

Kiedy go wzięliście, wasz najmłodszy synek miał trzy lata.

Dwa i pół. I ją. To jest Beza.

Kto był większy, Ignaś, czy Beza?

Beza na dzień dobry przerosła Ignasia, bo myśmy ją wzięli jak miała dziewięć miesięcy. Czyli mentalnie była szczeniakiem, ale ważyła 47 kg.

Dużo…! Zmieniliście samochód „pod psa”?

Nie, radziliśmy sobie jakoś. Dwie dorosłe osoby, dzieci, pies, a bagaże wirtualne, bo już się nie mieszczą – Beza wypełnia sobą cały bagażnik. Teraz mamy już większe auto.

Ile już razy Beza przewróciła Ignasia?

Raz i to zupełnie nieszkodliwie. To było w pierwszych dniach, zanim dzieci się nauczyły ją obsługiwać. Potem przez mniej więcej pół roku wyglądało to tak, że jak Beza próbowała przebiec przez mieszkanie, to Ignacy rozpłaszczał się na ścianie. No a teraz ,już jako 4-latek, radzi sobie z nią zupełnie dobrze. Jak ona za bardzo szaleje, to on jej mówi „siad”. I ciele siada przed nim.

Czuje respekt przed swoim małym szefem.

Kto najbardziej chciał tego psa?

Ja (śmiech). Ja, a potem Ignaś. Z dzieci to on chciał najbardziej. Starsze chciały psa, ale jakbym im kupiła chomika, to też by było ok. A Ignaś ewidentnie był nastawiony, na psa. Jak widział psa na ulicy, albo u znajomych, to wychodził z siebie. Większość małych dzieci lubi psy, ale Ignaś był wybitnie wychodzący z siebie, żeby pogłaskać każdego psa.

A dlaczego taki duży?

Ja lubię psy, które wyglądają jak psy. Duży szwajcar wydaje mi się psem chyba najmniej ze wszystkich zmienionym w stosunku do pierwotnego psa. Taki pies opiekun domu, a nie pies przytulanka, którego się ubiera w czapkę i szalik. Taka była moja idea.

No i jak jest?

Trochę się to rozminęło, ponieważ pies był wzięty już prawie dorosły z warunków ogrodu. A wzięliśmy go do dużego miasta. Przez to Beza ma lęki miejskie – boi się wielu rzeczy, co powoduje że na przykład na spacerach jest faktyczny problem. Ja muszę jej pilnować, a dzieci pilnują się same.

Czy dzieci wychodzą same z Bezą na spacer?

No właśnie tu jest ten problem… Może za pięć lat Adaś (który ma teraz 10 lat) będzie mógł ją utrzymać… Beza ważny tyle, ile oni wszyscy razem wzięci. Biorąc pod uwagę, że może się czegoś przestraszyć i pociągnąć, to nie ma opcji, na spacerze musi być dorosła osoba. Natomiast w domu, super.

Jakie były początki?

Pierwsze dni były śmieszne, bo Beza nie miała w ogóle kontaktu z dziećmi, a nasze dzieci nie miały nigdy psa. Więc podchodzili do siebie trochę nieufnie. Ja też miałam w sobie sporo nieufności, strasznie ich pilnowałam i obserwowałam na każdym kroku. W tych pierwszych dniach Beza czasem warknęła, jak dzieci strasznie szalały. No i były takie momenty, że zastanawialiśmy się, czy to jest dobry pomysł. Ale jakoś przez to przebrnęliśmy, z umową, że Beza nigdy nie jest z dziećmi sama, zawsze jest pod kontrolą i dzieci są uczone jak trzeba z psem postępować. W tej chwili już doszliśmy do etapu takiego, że bardzo jej ufam. Beza zostaje w domu sama, Adaś wraca i ją wypuszcza, karmi ją, jedzą sobie razem obiad.

Czyli nie było na prawdę groźnych sytuacji?

W drugi albo trzeci dzień Beza spała pod krzesłem i Marta przewróciła się z krzesłem dokładnie na nią. Beza wstała, pierwsze co zrobiła to powąchała Martę, tak jakby sprawdzała czy wszystko dobrze i przeniosła się w inne miejsce. Ale nawet nie syknęła.

Nie, najbardziej „groźne” były warknięcia, mruknięcia, ale bez zmarszczonego nosa, ani zmiany pozycji.

Ona te warknięcia robiła wtedy, kiedy dzieci biegały wokół niej we trójkę bardzo szybko. I ona w którymś momencie nie wytrzymywała tego i je upominała. Ale myśmy bardzo uczulali dzieci, uczyli jak mają ją obserwować, rozpoznawać sygnały uspakajające. No i zaangażowaliśmy dzieci w szkolenie.

Właśnie chciałam Cię spytać, czy Wyście się jakoś przygotowywali?

O, na maksa. Pół roku przygotowań. Ja wiedziałam teoretycznie wszystko. I jak to bywa, okazało się potem szybko, że teoria to jedno, a praktyka co innego.

To tak jak z całą teoretyczną wiedzą o wychowywaniu dzieci serwowaną nam przed porodem.

Dokładnie. Więc tego się trzeba nauczyć. Ale, wracając do pytania – bardzo się przygotowywaliśmy. Wieczorami, do łóżka, czytaliśmy dzieciom „Sygnały uspakajające psów” (śmiech). Dzieci to bardzo bawiło. Te starsze, no bo Ignaś był za mały, jego trzeba było po prostu uczyć na zasadzie „tak wolno, a tak nie wolno”.

Potem, jak już była Beza, to najczęściej Ignaś karmił Bezę i najczęściej przed nim stojącym ja ją uczyłam różnych rzeczy, bo wiedziałam, że ona musi go postrzegać jako kogoś szczególnie ważnego.

Czyli tak na prawdę nie tylko wy przygotowywaliście się, ale także przystosowywaliście Bezę do was.

Ona nie znała dzieci, więc musiała się nauczyć, że dziecko jest bezpieczne, dobre i karmi.

No i teraz po roku, czyj to jest pies?

Po roku to jest mój pies (śmiech). Najbardziej skłonna z nią szaleć jest Marta – ona bez ograniczeń. A Ignaś i Adaś mają z nią taki kontakt, że wstają rano i idą się potulić z Bezą. Natomiast oni już tak odważnie się z nią nie bawią i tak nie szaleją jak Marta. Wolą nie. Marta tak się bawi, że ja czasem drżę. Ale Beza jest delikatna, na szczęście.

Jesteś położną, pracujesz z rodzinami. Czy polecasz rodzinom z małymi dziećmi branie psa?

W ogóle polecam, bo to jest na prawdę fajna sprawa z dziećmi i psem. Tylko trzeba to zrobić mądrze. Dzieci muszą wiedzieć, że to nie jest zabawa. Natomiast nie wiem, czy polecam aż tak dużego psa w wersji bez ogrodu. Ja trochę sobie nie zdawałam sprawy, że trudno nam będzie na przykład zostawić kogoś z tym psem pod opieką. Albo pojechać na wakacje i wziąć takie bydlę se sobą.

No i jest jeszcze pytanie, czy brać psa większego, który już nie gryzie i nie łapie za łydki dzieci, czy brać psa małego,który będzie to robił, ale za to od małego się przyzwyczaja do domu, w którym są dzieci. Po naszym doświadczeniu z Bezą, myślę że chyba wolałabym wziąć szczeniaka, jakoś bym przebolała te łydki. Bo jedyny problemem Bezy jest tak naprawdę to, że ona nie zna środowiska w którym żyje. Tego się jeszcze uczy.