Zosia oszczędza

Własną kasę szkoda wydawać.

O kieszonkowym i o tym jak uczyć oszczędzania rozmawiam z Piotrkiem, tatą Tymona, Poli i Idy.

 

 

Co w dzisiejszych czasach można sobie kupić za kieszonkowe?

Najchętniej? Mega wielki szybkostrzelny karabin maszynowy NERF… Ale po kolei. Kieszonkowe dostają dziewięcioletni Tymon i siedmioletnia Pola, tę samą kwotę, a czteroletnia Ida jeszcze nie, choć niedługo pewnie dołączy do listy płac. Za tę kasę młodsza Pola potrafiła sobie uzbierać na zestaw Lego za 220 zł…

Niezła jest! A ile dostają?yki

Po piątaku. To jest kwota podstawowa, wypłacana co tydzień, natomiast gdy jadą na jakąś wycieczkę, to dostają ekstra kasę na wyjazd. Czasem ktoś z rodziny spontanicznie dorzuci się im do skarbonki.

A Tymon?

Czasami udaje mu się kupić orzeszki czy chrupki. On potrafi zaoszczędzić maksymalnie do 20 zł, a potem, tak jakoś radośnie, jego pieniądze nagle i dziwnie znikają.

Ok, widzę dużą rozpiętość. To teraz drugie pytanie: co wolno kupić za kieszonkowe? Czy są jakieś ograniczenia?

Wiesz co, dobre pytanie. Nie stanęliśmy jeszcze przed problemem, żeby chcieli sobie kupić coś takiego, co nam by bardzo nie odpowiadało. Czują, że mogą zrobić z pieniędzmi co chcą, ale widać że spontanicznie mają świadomość potencjalnych ograniczeń i sami z siebie grzecznie pytają: czy mogę sobie kupić żółwia, czy świnkę morską, jak na nią uzbieram. Natomiast zasada nadrzędna jest taka, że to jest ich kasa. My mamy ewentualnie głos lekko sugerujący. Na przykład pierwszy raz, gdy Tymon pojechał na zieloną szkołę i dostał ekstra kasę na drobne wydatki, przywiózł wszystkim prezenty. To było takie miłe i sympatyczne, ale… zasugerowaliśmy mu parę dni później, że mimo iż to był piękny gest, że każdy członek rodziny coś od niego dostał, to następnym razem nie musi czuć się w obowiązku kupować wszystkim skorupek czy innych ciupag z Zakopanego. Mieliśmy w tym kontekście długie rozmowy na temat rzeczywistej wartości rzeczy, popytu i podaży, barteru i innych podstaw ekonomii w wersji dla kilkulatka.

Pytałam cię o to co wolno, a czego nie wolno, w kontekście sklepiku szkolnego. Moja Zosia poszła do szkoły i tam jest sklepik na korytarzu. Nie, żebym należała do mam odwracających wzrok dziecka na widok czekolady, ale asortyment tego sklepiku jest taki… no… mało mi odpowiadający, delikatnie mówiąc.

Czy Pola i Tymon swoje kieszonkowe biorą do szkoły i tam je wydają?

Właśnie nie, nie mamy takiego problemu. Udało się jakoś magicznie w nich zakorzenić co to jest junk-food i nie uwierzysz, ale coli czy czipsów po prostu nie lubią. Za to na zakupach… Wiadomo, wchodzisz do sklepu i od razu zaczyna się „a kupisz mi to? A kupisz tamto?”

Klasyka.

… No właśnie. Więc ja mówię tak: „No to dobra, w ramach tego, że pomagacie robić zakupy, każdy może sobie wybrać jakąś jedną rzecz – jogurt, maślankę, co tam chcecie”. I niby jest ok. Ale za chwilę i tak pojawia się: „a kupimy jeszcze to?”. Wtedy zmieniam ton: „w zasadzie nie ma problemu, kupujemy, ale z twojej kasy”. I wtedy nagle okazuje się, że jednak świadomość wartości pieniądza mocno i szybko rośnie. I tak samo jest chyba w sklepiku szkolnym: jakoś strasznie szkoda wydać swoją kasę na obwarzanka, który zaraz zniknie, razem z wydaną na niego kasą.

Ale fajnie, że oni to czują.

Tak jakoś wyszło, nie wykształcili w sobie kultury kupowania w sklepiku szkolnym.

A czy Pola i Tymon gubią kasę? Zosia ma już za sobą traumę porzucenia portfela na karuzeli w centrum handlowym. Z całym jej majątkiem wynoszącym 56 groszy!

Pola trzyma oszczędności w swojej śwince, którą sobie sama zrobiła w szkole, taką skarbonkę ze starej puszki. Ciężko ją zgubić. Natomiast Tymon trzyma kapitał w swoich rozlicznych, tajemnych sakiewkach. No, ale ponieważ Tymon tej kasy prawie nigdy nie ma, więc nie ma problemu, że zgubi jakąś większą kwotę. Ostatnio bohatersko przyszedł i dał mi małe zawiniątko z materiału. Zbunkrował w nim jakieś 10 zł i stwierdził „tato, trzymaj to, ja tego nie chcę, bo będę wydawał. Chcę sobie kupić automatyczny karabin maszynowy NERF za 270 zł, wiem, że mi dużo zostało do uzbierania, ale dam radę, tylko musisz ty mi trzymać te pieniądze”. No i sama z siebie stworzyła się okazja do wytłumaczenia sobie, czym jest lokata: „Tymon, jak nie ruszysz tej kasy przez 2 miesiące, to dostaniesz 10 % więcej”.

Dobre. Lekcja ekonomii gratis.

Tak, nie pierwsza. Przerabialiśmy już kredyty, pożyczki, wypłaty, różne modele oszczędzania. Staramy się, żeby rozumieli, na swoim poziomie, o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi.

Ej, ale jak ten biedny Tymon ma uzbierać 270 zł za tygodniówkę 5 zł ?

No właśnie. Ostatnio wyliczał ile to tygodni, miesięcy, lat. No i zapytał nas, czy są jeszcze jakieś inne metody na zarobienie kasy. Poza skokiem na bank.

I co? Są?

Kiedyś z żoną ustaliliśmy, że płacenie dzieciom w rodzinie za wykonywanie czynności domowych nam zupełnie nie odpowiada. Posprzątałeś pięknie pokój, albo umyłeś samochód, więc zarobiłeś 10 złotych. Niby fajnie, ale przyjmując jakiekolwiek logiczne zasady, nie potrafiłbym wtedy wyjaśnić, dlaczego mama nie powinna dostać wynagrodzenia za ugotowane obiady, a tata za koszenie trawnika. Natomiast skoszenie przez Tymona trawy sąsiadowi jest oczywistą do wytłumaczenia usługą, którą wykonuje na rzecz kogoś i ten ktoś mu za nią płaci: jeżeli się dogada z sąsiadem co do zakresu i kwoty, to w ogóle nie ma problemu. To jest jednak zupełnie inna relacja: wykonał pracę i uczciwie zarobił. No więc rozmawiamy z Tymonem, jakie ma możliwości: możesz się nająć u sąsiada przy koszeniu, tak jak kiedyś u wujka, możesz przy okazji następnej wycieczki, gdy dostaniesz jakąś ekstra kasę, nie wydać jej na kolejny miecz. Albo w szkole pójść do pani od przedsiębiorczości i powiedzieć jej, że masz plan upieczenia ciasteczek i sprzedawania ich w szkole. Zrobisz biznes plan, zaciągniesz u mnie kredyt na mąkę, kupisz ją, zapytasz mamę ile weźmie za upieczenie (tutaj to już nie relacja rodzinna, tylko koszty uzyskania przychodu), potem sprzedasz ciastka w szkole. Spłacisz mąkę, spłacisz mamę, kupisz Pani kwiatka za umożliwienie realizacji usługi, a zyskami podzielisz się z kumplem, który ci pomagał. Przy takim podejściu uczymy się dwóch rzeczy: że zarobienie pieniędzy jest ciężką pracą, a po drugie, że musi nam się naprawdę chcieć, żeby się za coś zabrać. To świetnie weryfikuje co jest ważne, a co mniej. Nie chciałbym, żeby funkcjonował w kwestiach ekonomicznych na zasadzie „a dajże mi, bo mi brakuje, a należy mi się, bo ja przecież chcę mieć”.

Fakt, dzieci nie czują skąd ta kasa. Z bankomatów po prostu.

Właśnie. Tymon od niedawna chodzi na lekcje grania na gitarze. Pola chodzi od roku na pianino, więc on też chciał na czymś grać. Stwierdziliśmy, że w porządku, trzeba sprawdzić, czy to nie słomiany zapał. Poszedł na dwie lekcje, po czym oznajmił „podoba mi się, naprawdę, będę chodził. Aha, trzeba mi kupić gitarę”. Hmmm… Nie żeby zabrzmiało to niegrzecznie, ale zastanowiła nas ta naturalność zaspokajania potrzeby: chyba w dzisiejszych czasach jest tak, że jak czegoś nie ma, a się chce to mieć, to się to po prostu kupuje. I nie jest istotne, czy chodzi tu o gitarę, samochód, czy pudełko zapałek. Ale zastanawiające jest, że dzieciaki tak działają. Oczywiście, pewnie od zarania dziejów zawsze coś tam chciały mieć i koniec. Ale mam wrażenie, że w naszych czasach ostatecznych, one nie tylko chcą, ale mają genetyczną pewność i niczym nie zachwiane oczekiwanie, że to dostaną. Czegoś nie mam, to sam sobie kupuję lub wy mi to kupujecie. Żona wspominała, że kiedy ona chciała mieć gitarę, to zbierała na nią przez kilka lat, cała rodzina wiedziała o tym i na urodziny wręczała jej kupony-cegiełki na kolejny fragment gitary. Było oczekiwanie, przez długi czas realizowane, uświęcona tęsknota, po prostu przygoda. Jakoś tak sentymentalnie bardziej mi się to podoba, niż „chcę – niech mi oto spadnie z nieba”. Trochę filozofując, czy przypadkiem między innymi z braku korekty tego kierunku myślenia nie wyrosło nam pokolenie NINJA? Czyli z angielska: mam „no Income, no job, no assets”, ale wielkie roszczenia?

I co z gitarą? Ponarzekałeś i kupiłeś?

Na razie nie. Tymon sam z siebie powiedział panu, że na razie nie możemy kupić gitary, bo się nam skończyły pieniądze. Wykombinował sobie chyba, że to nie tak, że rodzice nie chcą mu kupić gitary. Pewnie chcą, ale skoro nie kupują, to znaczy, że nie mają teraz kasy. Natomiast pocieszające jest to, że nad tym nie narzeka, tylko się pogodził, przynajmniej na razie. To już jest coś. Pewnie, że kupimy mu gitarę. Ale najpierw będę się starał zwrócić jego uwagę i świadomość na to, że gitary nie rosną na drzewach i że trzeba się trochę napracować, żeby się jednej dorobić. Żeby to nie działało w jego świadomości tak, jak jakiś czas temu u Poli: „Pola, nie kupimy tego, bo się nam już skończyły pieniądze”. No i co z tego: „No to wypłać szybko z bankomatu”…

Podobno uczysz dzieci jak działa bankomat na klockach Lego?

A tak, zrobiłem kiedyś szkolenie Tymonowi, gdy miał 3 czy 4 lata. Zdaje się, że zrozumiał wszystko. Był sobie chłopek, który pracował u innego chłopka wytwarzając dla niego klockowe okna, za które dostawał wynagrodzenie w klockowych światełkach. Przechowywał je pod łóżkiem, ale ponieważ bał się złego złodzieja, schował je w banku… I tak dalej, obrazowo i na jego poziomie, gdzieś tam doszliśmy do bankomatu i kart płatniczych. Da się, tylko trzeba najpierw zbudować bankomat z klocków Lego. Ale czas biegnie, dzieci rosną i niedługo pewnie zrobimy wersję szkolenia dla starszaków. Będzie się zaczynać: ponieważ chłopek bał się, że zły bank nie odda mu jego pieniędzy…