niania1

Sezon poszukiwania niań w pełni. Wśród znajomych trwa giełda adresów, portali, kontaktów. Ale i ożywiona wymiana anegdot o nianiach aniołach i nianiach wariatkach na przemian. O szczytach nieodpowiedzialności, o nawykach nie do zaakceptowania, ale też o pedagogicznych geniuszkach, o rozbrajaczkach wszystkich fochów, mistrzyniach lepienia z masy solnej i domowych teatrzyków.

Jak spośród kandydatek wyłonić tę najlepszą, tę której powierzymy na kilka godzin dziennie nasze dziecko? Jak zaufać komuś zupełnie obcemu?

Niania na dywanie

Z Agatą, mamą Jędrka oraz nastoletnich: Szymka i Bartka, rozmawiam o zatrudnianiu niani.

Jędrek ma teraz…

Dwa lata i siedem miesięcy.

I ile było tych niań?

W sumie takich, które przez dłuższy czas się utrzymały, były trzy, a oprócz tego były dwie bardzo króciutko z nami. Te dwie „nie przyjęły się” po prostu.

O, to starzy wyjadacze z was.

W ogóle decyzja była trudna, bo najchętniej, tak jak moimi starszymi synami opiekowałabym się Jędrkiem sama, aż do czasu kiedy wyruszy do przedszkola. A pierwszej niani dla Jędrka szukaliśmy, kiedy miał 7 miesięcy.

Opowiedz.

Pierwszy pomysł był taki, żeby skorzystać z sieci znajomych i poszukać niani, o której ktoś już coś wie i która jest sprawdzona. O dziwo jakiś nawał informacji do nas nie spłynął, ale pierwszą nianię znaleźliśmy właśnie w ten sposób. Co prawda z wykształcenia była farmaceutką, ale miała kilka doświadczeń związanych z opieką nad dziećmi i po prostu była fajna. Na czym ta fajność polegała? Dość szybko weszła w kontakt z Jędrkiem. Pierwsze dwa dni (ja jeszcze miałam taką możliwość) spędziłyśmy razem niemal w pełnym wymiarze godzin, żeby prześledziła cały rytm dzienny synka. I widać było, że ta więź się nawiązuje. I faktycznie: ta dziewczyna została z nami na dłużej.

A jak szukaliście kolejnej? Napisaliście ogłoszenie…

Już niejedno od tego czasu. Zwykle najpierw pisaliśmy kilka słów o dziecku, o tym jaki Jędrek jest, co lubi robić itd. I dalej: „W związku z tym poszukujemy niani, która sprosta wyzwaniom: jest osobą sympatyczną, kontaktową, nadąży za moim dzieckiem, będzie miała dla niego różne propozycje zajęć, ale z drugiej strony potrafi przytulić kiedy jest smutny, współczuć, kiedy jest mu trudno”.

No to już z ogłoszenia widać, co jest dla was na pierwszym miejscu: dobry kontakt z dzieckiem.

Tak, w ogłoszeniu kładliśmy nacisk na kontakt, a sprawy bardziej techniczne sprawdzaliśmy podczas rozmowy.

O niej zaraz. Ale najpierw powiedz mi jeszcze, czy mieliście jakieś sprecyzowane oczekiwania, np. co do wieku? Czy wcześniej siedliście i spisaliście, co dla was jest ważne?

Ja, może z racji mojego zawodu, najbardziej zdałam się na intuicję, na to jak kandydatka zaprezentuje się w bezpośrednim kontakcie. Ale oczywiście jakieś ramowe oczekiwania nam się pojawiły. Przede wszystkim były związane z takimi oczywistymi rzeczami jak stawka, którą możemy zaproponować, dyspozycyjność – miałam bardzo ściśle określone ramy co do godzin, w jakich potrzebowałam opieki dla Jędrka. Co do wieku: najlepiej, żeby była to osoba, która jest przed 30-ką, tak sobie pomyślałam, bo taka osoba życiowo i ruchowo może najwięcej synkowi dać, a jednocześnie nie popadnie w nurt rozczulania się nad dzieckiem, nadopiekuńczości itd, jak babcie, które ma Jędrek. Być może to niesprawiedliwe w stosunku do kobiet, które mają więcej lat. Ja sama mam 44 i myślę sobie, że mogłabym być bardzo sensowną opiekunką, a z racji swojego wieku mogłabym być już zdyskwalifikowana przez samą siebie, niemniej wtedy tak nam się wydawało – że osoba młodsza może więcej zdziałać.

A to, czy ma swoje własne dzieci?

Chyba nie, wtedy o tym nie myślałam. Jedna i druga strona ma swoje plusy i minusy: z jednej strony posiadanie własnych dzieci jest związane z pewnym doświadczeniem: wiadomo, jeżeli dziecko się posika, czy zezłości, kobieta, która ma dziecko, od razu wie o co chodzi i co ma robić. Ale z drugiej strony ma (lub może mieć) przetarte pewne metody wychowawcze, które sprawdzały jej się z jej dziećmi – to w sumie plus, o ile jednak nie jest do nich tak przywiązana, że nie zwraca uwagi na to, jak my wychowujemy Jędrka. Poza tym też zastanawiałam się, na ile matka, młoda, z nieodchowanymi jeszcze własnymi dziećmi, da sobie radę, emocjonalnie i organizacyjnie z moim.

Niepaląca? Angielski? Własny samochód? Jakieś oczekiwania specjalne?

Powiem tak: myśląc o Jędrku 8-miesięcznym (bo potem kiedy on był starszy, było już inaczej) było dla mnie ważne, jak ona reaguje na sprawy sanitarne – jak ona sobie radzi z wymiotami, kupą – takimi rzeczami. Chodziło o to, żeby było normalnie, żeby dziecko nie nabawiło się żadnej traumy wokół tak oczywistych spraw.

Ale jak to sprawdzić?

Trochę w rozmowie. Wiedziałam, że to jest niewymierne, bo powiedzieć można co się chce… Niemniej trochę się wyczuwa, jak dana osoba się zachowuje i rozmawia o tego typu doświadczeniach. Z drugiej strony patrzyłam na początku jak ona Jędrka przewija, myje. Robiła przy mnie wszystkie te rzeczy, może poza wymiotami… bo jakoś nie było okazji [śmiech].

No właśnie, to teraz o rozmowie: jak ona u was wyglądała?

Zwykle scenariusz był taki: witamy się, ja opowiadam trochę o Jędrku, żeby dać jej czas na oswojenie się. Potem prosiłam, żeby opowiedziała coś o sobie i swoich doświadczeniach. Na przykład dlaczego zdecydowała się być nianią - bo część z nich nie miała pedagogicznego wykształcenia. Trafiła nam się kandydatka farmaceutka, absolwentka gastronomii… – chciałam mieć rozeznanie, na ile bycie nianią to kierunek dla niej życiowo ważny. Później przechodziliśmy do pytań bardzo konkretnych: co robi, kiedy dziecko się złości, kiedy ma inne zdanie. Co robi, kiedy płacze… Jak sobie radzi z karmieniem, itd.

W tym pierwszym kontakcie patrzyliśmy też trochę na sposób myślenia kandydatki, na jej poczucie humoru – chodzi o to, byśmy choć trochę nadawali na podobnych falach. I choć na swój sposób rozmowa mogła być dla potencjalnych niań ciut stresująca, to te podobne fale dało się jakoś wyczuć, albo nie.  

Czy w tych rozmowach uczestniczył też Paweł, twój mąż?

Tak, zawsze. I prawie zawsze byliśmy z Jędrkiem. I to była bardzo istotna zmienna – trochę zakłócająca, ale z drugiej strony, dawała fenomenalny obraz. Zwłaszcza, kiedy był już na tyle duży, żeby wchodzić w kontakt z obcymi. Wchodził albo nie. To jest niesamowite, ale widziałam to na własne oczy. Raz mieliśmy taką serię rozmów chyba z pięcioma paniami wciągu dwóch czy trzech dni – i on jednymi był od razu bardzo zainteresowany, szarpał za spódnicę, a przy innych był spięty, jak sopel lodu. Pewnie, że na tym nie można w sposób jednoznaczny zbudować opinii o człowieku, niemniej było to ciekawe. Zresztą wtedy wybraliśmy nianię, która jako jedyna z pięciu kandydatek weszła, przywitała się i siadła od razu na dywanie z Jędrkiem i zaczęła równolegle rozmawiać z nim – nie w sposób lekceważący w stosunku do nas, ale po prostu zeszła do poziomu dziecka i zaczęła się z nim bawić. To było dla nas ważniejsze, niż panie, które miały na podorędziu różne mądre wypowiedzi, które wygłaszały siedząc z herbatą i odzywając się wyłącznie do nas, całkowicie ignorując dziecko.

Bardzo ważne było też dla nas zdanie naszych starszych synów. Ono często przechylało szalę na którąś stronę. Czasem mówili nam „ta jest fajna”, albo „ta była dziwna”.

Test czystych rąk? Jak ja szukałam niani, dla mojej zaledwie 4-miesięcznej Zosi, to na wstępie odpadały te nianie, które przed wzięciem dziecka na ręce, nie proponowały, że najpierw umyją ręce.

Owszem, jak Jędrek był mały, trafiały się takie nianie, które wchodziły i proponowały umycie rąk. I to wydawało nam się sensowne – nie dlatego, że mamy zboczenie na punkcie higieny, ale to był dla nas istotny wskaźnik jakiejś wrażliwości, odpowiedzialności.

Kilka dni temu słuchałam w radiu audycji o tym, czy powinno się sprawdzać stan zdrowia niani. W pierwszej chwili pomyślałam, że to już przesada. Ale potem zreflektowałam się: kurczę, ta pani zostaje na cały dzień sam na sam z moim dzieckiem. A jeśli ona ma padaczkę? A ty, pytałaś nianię o stan zdrowia?

Nie, nie zadawałam takich pytań, chociaż rzeczywiście w pewnym momencie nam się tego typu obawy pojawiły. Aczkolwiek nie wiedzieliśmy za bardzo jak o to zapytać. Opieraliśmy się na ocenie oglądowej: jeśli pani sprawiała wrażenie zdrowej, była aktywna, to było takim wstępnym rozeznaniem.

Ja też bym nie wiedziała.

Ja nie ukrywam, że dla mnie pewnym wysiłkiem było to, żeby poprosić o ksero dowodu osobistego, żebyśmy mieli pełne dane. Jeśli nianie były z portalu, to były „bezpieczniejsze” – bo ktoś już wziął za to odpowiedzialność i je sprawdził. Natomiast takie nianie z polecenia – namiary były żadne. A niechby coś się stało…

A patrzyłaś na referencje?

Tak, jeśli kandydatka je miała, to owszem. One nie były dla nas najistotniejsze, niemniej miło było przeczytać, że inne mamy wypowiadały się o niej w sposób bardzo życzliwy i pochwalny.

No to spytam na koniec: jaka kandydatka nie miałaby u was szans?

Paląca papierosy na pewno. Ale to łatwo wykluczyć już na poziomie ogłoszenia.

Na pewno niania, która jest za bardzo dystyngowana. No wiesz, niechętna do siedzenia na podłodze, brudzenia się, biegania na bosaka z dzieckiem – to raczej dopiero w trakcie tej praktycznej części można by zaobserwować… Taka, która sama, krótko mówiąc, dba o siebie bardziej niż o dziecko. To jest jedna rzecz. Druga: niania, która ma problem z kontaktem dotykowym. Nie wyobrażam sobie niani, które nie weźmie dziecka na ręce, nie przytuli, nie przewinie, albo dla której będzie to w widoczny sposób trudne.

Nie lubimy kiedy nianie mówią do dzieci językiem infantylnym. Zdrabniają, seplenią, Bóg wie co jeszcze…

Dalej: niania, której się nie chce. Przy naszym dziecku sprawdzały się nianie, które miały pomysły jak spędzać czas z dzieckiem. Tak jak nasza ostatnia niania, która było po AWF-ie i wymyślała fantastyczne tory przeszkód dla Jędrka. Zwykle pytam podczas rozmowy: „jest deszczowy dzień. Co pani robi z dzieckiem?”. „Będziemy rysować” – pada często. Teraz już spoko, ale jak Jędrek był młodszy… jeśli nawet niespełna roczne dziecko potrafi w miarę utrzymać kredkę, to porysuje nią może 5 może 10 minut.. I tyle. A co przez resztę czasu?

I jeszcze na koniec: odpadały nianie typu „nie można się brudzić”, z jakąś totalną sztywnością, zwłaszcza na higienę. Wiadomo, że higiena jest ważna, ale nie wzięlibyśmy niani, która bardziej pracuje z dzieckiem na zakazach, niż na otwieraniu mu świata. Nie mamy takiego lęku o dziecko, który sprawiłby, że najlepszą drogą rozwojową dla niego będzie totalne bezpieczeństwo.