pa mamoUrlop macierzyński, ile by nie trwał (chwała Bogu, że trwa coraz dłużej) to momencik. Chwilunia po prostu. I już. Poniedziałek, mama wyszykowana, gar zupki ugotowany, niania na stanowisku, a tu małe rączki chwytają się spódnicy…

To nie jest łatwe.

Ale da się przez to przejść. O tym jak minął pierwszy miesiąc w pracy, rozmawiam z Justyną.

Niania mnie oszczędza

O tym, jak się wraca do pracy po urodzeniu synka, opowiada Justyna, mama Bartka (13 m-cy)

Czy Ty w ogóle pamiętasz cokolwiek z pierwszego dnia, kiedy wróciłaś do pracy?

Powiem szczerze, że niewiele. To był poniedziałek…

Wcześniej się przymierzałaś do tego kroku, były jakieś próby?

Tak, przychodziłam wcześniej na dwie, trzy godziny, żeby się oswoić. Ale wtedy Bartek zostawał z dziadkami, albo z tatą, więc nie wiązało się to z jakimś większym stresem. Jedynie świadomość, że za jakiś czas będziemy musieli rozstać się na dłużej, działała stresująco.

No i stało się.

Tak, to było w ostatnim tygodniu sierpnia. Pracuję w przedszkolu, nowe dzieci zaczęły przedszkolną adaptację, a ja wraz z nimi. To była dla mnie podwójna trudność, ponieważ trzy czwarte grupy płakało do mamy. A ja byłam tą mamą, która zostawiła swoje dziecko…

Aczkolwiek nie 3-latka.

… i nie z płaczem. Mój Bartek jest bardzo towarzyskim dzieckiem i od początku bardzo dobrze zareagował na swoją nianię. Właściwie jak Kasia do nas przychodziła, to on mnie nie widział, tylko bawił się z Kasią. Trudności zaczęły się trochę później, jak sobie uświadomił, że z Kasią będzie zostawał sam. Wtedy, jak usiłowałam wyjść z domu, to on bardzo mojej nogi pilnował. Bo Kasia jest wspaniała, natomiast najlepsza jest zdecydowanie w towarzystwie mamy.

Ale wracając do tego pierwszego dnia: zostawiłam go uśmiechniętego na spacerze, więc był pozornie luz. Ale w przedszkolu każdy płacz i każdy okrzyk „do mamy” uświadamiał mi, że ktoś tam za mną może tęskni i płacze.

Najtrudniejsza chwila?

Trudny był moment koło południa, bo do tej pory Bartek usypiał ze mną i miałam obawy jak sobie poradzi z Kasią. No i nie radził sobie przez jakieś dwa tygodnie. Po dwóch tygodniach dopiero opanowali system usypiania beze mnie.

To szybko. U nas była jakaś tragedia przez miesiąc.

E, nie, to u nas nie aż tak. Choć myślę, że Kasia mnie oszczędza. Nie zawsze ze szczegółami opowiada mi, co się tam dzieje w łóżeczku w momencie usypania, bo wie, że to dla mnie też jest trudny moment. Bartek w ogóle rzadko płacze, więc jak już płacze, to znaczy, że naprawdę coś się dzieje przykrego. Ale teraz już opanowaliśmy. Nawet śpi w łóżeczku, a przy mnie nie ma szans, żeby tam zasypiał.

Miałaś pełno obaw z tym powrotem do pracy. Bałaś się bardziej o Bartka, czy o siebie – jak się w tym wszystkim odnajdziesz?

Chyba bardziej bałam się o siebie. Uświadomiłam sobie, że to chyba bardziej ja potrzebuję czasu z nim, niż on ze mną. Kiedy wracam i widzę, że on jest uśmiechnięty, dobrze bawi się z Kasią, to nie mam wrażenia, że on te parę godzin tęsknił i aż tak czekał, aż wrócę. To aż czasem szczypie. Bałam się, że się oddalimy. Nie wiem, czy to zazdrość, ale była taka obawa, że więź z nianią będzie silniejsza niż ze mną. Że to z nią będzie miał wspólne zabawy, spacery, które dotąd były naszym bardzo fajnym czasem we dwoje. Czasem, jak rano przygotowuję ubranie na spacer i prowiant, to żal serce ściska, że to z nią pójdzie do parku, a nie ze mną.

I co, dużo się zmieniło w waszej relacji?

Mam wrażenie, że jesteśmy jeszcze bliżej, bo jak wracam z pracy to każdą minutę staram się wykorzystać maksymalnie. Czasem dochodzi do absurdu, na przykład potrafię robić coś w kuchni z nim na rękach. To jest mega niewygodne, ale staram się nie tracić ani minuty. Mam też wrażenie, że bardziej potrzebuje mnie rano przed moim wyjściem do pracy. Bo zauważył, że jednak mama czasem znika i trzeba jej pilnować.

A co się zmieniło w twojej pracy zawodowej? Pracujesz z dziećmi już od dawna, ale po raz pierwszy masz za sobą własne doświadczenie rodzicielskie.

To bardzo ważne i potrzebne doświadczenie. Teraz, rozmawiając z dzieckiem, patrzę przez pryzmat tego, że i z moim dzieckiem ktoś kiedyś będzie rozmawiał w przedszkolu. Często zastanawiam się, czy odpowiedziałam na dziecka potrzeby, czy właściwie z nim porozmawiałam… Dziś oceniam to też przez pryzmat moich oczekiwań jako matki – gdyby to moje dziecko zwróciło się z tym problemem. Wierz mi, czasami brakuje cierpliwości, jak po raz pięćdziesiąty słyszę „chcę do mamy”. Ale przychodzi do mnie myśl, że może mój Bartek będzie też kiedyś potrzebował do mamy i czy ja na pewno chcę, żeby ktoś w ten sposób z nim rozmawiał? Mam też wrażenie, że moje rozmowy z rodzicami są… nie wiem czy dojrzalsze, ale na pewno potrafię już popatrzeć z ich perspektywy, bardziej potrafię się wczuć w rolę rodziców. Rozumiem ich, gdy przychodzą z nastawieniem, że ich dziecko jest wspaniałe, jedyne, najlepsze.

No bo teraz już wiesz, że ono, dla nich, naprawdę jest bezwzględnie najlepsze.

Oj tak.

Ile razy dziennie dzwonisz do domu sprawdzić, czy wszystko jest w porządku?

Nie dzwonię. Dzwoniłam przez pierwsze trzy dni. Przestałam, bo mój Bartek bardzo interesuje się telefonami komórkowymi. W momencie kiedy dzwonił telefon, on go momentalnie wyszarpywał od Kasi. Wystarczyło mi te trzy dni, kiedy słyszałam, że on się naprawdę dobrze bawi. Mam też na tyle zaufania do Kasi, że wiem, że jakby cokolwiek się działo, ona zadzwoni, albo dostanę sms-a. Nie sądziłam, że tak szybko się to uda, ale w pracy staram się nie myśleć o tym, co się dzieje w domu. I wracam do domu i naprawdę nie myślę o tym co się dzieje w pracy.

Da się.

Tak, da się. Oczywiście kiedy Bartek idzie spać, siadam do komputera i dziergam swoje.

Czyli o której?

Chodzi spać przed 20.00, więc mam jeszcze ze dwie, trzy godziny, żeby uporządkować rzeczy do pracy, przygotować się do zajęć.

Co jest teraz u Was inaczej, o co jesteś bogatsza? Porównując siebie z tego 30 sierpnia i z dzisiaj?

Wbrew pozorom mam wrażenie, że mam więcej czasu dla Bartka. Musiałam się tak zorganizować, że w efekcie nasz dzień jest tak uporządkowany, jak nigdy nie był. Rano, wiadomo, przygotowania do tego, żeby został z nianią, śniadanie, skombinowanie czegoś pod obiad. Potem idę do pracy, wracam i mam czas na zabawę z Bartkiem. Tak nie było, jak byłam w domu.

Wyglądasz na bardzo zadowoloną z tym jak jest.

Chyba już się odnalazłam. Ale pierwsze dwa tygodnie były naprawdę dla mnie trudne. Dosłownie płakałam w poduszkę wieczorami.

Coś straciłaś?

Kiedy Bartek się budzi, to jest dla mnie najcudowniejszy czas ten rano, kiedy on jest u mnie łóżku się przytula. No więc kiedy jest 6.20, on się chce przytulać, a ja już ewidentnie muszę wyjść, to jest dla mnie trudne. Na szczęście to nie jest za często.

Wyłączność na Bartka – teraz muszę się nim podzielić nie tylko z tatą i dziadkami;) ale w krąg osób ważnych weszła Kasia.

Bezcenny i nie do porównania z niczym innym widok dumy na twarzy mojego Małego Odkrywcy kiedy znajduje nowe zastosowanie dla mojego tuszu do rzęs czy opakowania po kremie… albo dziwi się że metalowa łyżka gra o kaloryfer inaczej niż drewniana… na wiele z tych historii mogę się tylko uśmiechać słuchając opowieści Kasi…

Czas na spacery, kiedy tak intensywnie poznaje świat, z zaciekawieniem podnosi każdą szyszkę,patyk, kamień i wzrokiem pyta „A co to?” – teraz dzień jest na prawdę za krótki….

I to bycie razem w tej naszej codzienności… wiem, że ten rok z Bartkiem w domu, pozornie bo dużo podróżowaliśmy, był dla mnie najlepszym czasem w życiu i że już nie wróci…

Rozstania są ciężkie ale przecież bez nich nie byłoby tych cudownych powitań.

P.S.

Justyna opowiedziała mi jeszcze, że od jakiegoś czasu całą drogę od przystanku do domu pokonuje biegiem. I nie kłamała, wczoraj widziałam ją z okna jak wybiegała – też sprintem. Mama daje radę!