plac zabaw

Co porabiają dzieci na placu zabaw, to wiadomo. Ale co ma tam do roboty mama? Ma bawić się, pomagać, patrzeć, czy może relaksować się, ciesząc się, że ma chwilę spokoju? Różnie to bywa. Jak bywa u Dobrusi, mamy Hani i Wojtka, przeczytajcie poniżej.

Mama, która patrzy

Rozmawiamy o tym, co mama Dobrusia porabia na placu zabaw, podczas gdy Wojtuś (5,5 lat) robi „kiełbaski”, a Hania (2,5 roku) gotuje piaskową kawę

Wiesz co, my wcale nie chodzimy często na place zabaw…

Bo macie ogród jak wielki plac zabaw. Ale nie oszukuj, bywacie.

Więc pytam jednak: Co mama Dobrusia lubi robić na placu zabaw?

Mama Dobrusia lubi na placu zabaw patrzeć na swoje dzieci. Lubię sobie wygodnie usiąść, najlepiej w cieniu, w bezpiecznej odległości od Hani i Wojtka, żeby mieć dobry punkt obserwacyjny. I sobie patrzę, co te moje dzieci robią. Czasami zdarza mi się rozmawiać przez telefon, dobra. Ale ogólnie: patrzę.

Czyli nie jesteś ani mamą, która idzie na plac zabaw, żeby mieć święty spokój i powysyłać esemesy do koleżanek, ale też nie jesteś taką mamą, która biega za dziećmi, wymyśla im zabawy w piaskownicy, czy wiecznie czuwa, by się nie uderzyły.

Nie, wyrośliśmy z tego. Hanka ma dwa i pół roku. Czasami wymaga jakiegoś wsparcia przy wejściu na wyższą przeszkodę, wtedy jestem. Ale poza takimi sytuacjami wolę, żeby dzieci same podejmowały inicjatywę. Nawet wręcz nieproszona nie podchodzę i nie pokazuję im co tam trzeba robić. Taką mamą jestem (śmiech).

Domyślam się, że to nie z lenistwa. Uczysz je w ten sposób samodzielności?

Tak, to po pierwsze. Po drugie daję im pełne prawo do wyboru aktywności na placu zabaw, nie chcę w to ingerować. Wiesz, kiedyś miałam taki pomysł, żeby zachęcać dzieci do wszystkiego, co możliwe. Nie była to dobra droga, przynajmniej w naszej rodzinie. Teraz jest tak, że dzieci wchodzą na plac zabaw (a domagają się tego) i to jest przestrzeń całkowicie dla nich. I ja patrzę patrzę, różne rzeczy widzę. Czasem widzę, że nic nie robią, tylko same też obserwują – na przykład inne dzieci. I to jest dla mnie całkiem okey. Czasami jakaś interesująca wymiana zdań między dziećmi, albo inne, starsze dzieci, robiące różne super rzeczy są tak atrakcyjne, że Hania i Wojtuś na dziesięć minut zastygają w pozie patrzenia. A ja patrzę na nich, jak oni patrzą.

A jak jednak coś robią, to co robią?

Hania dużo czasu spędza w piasku – gotując zupy, robiąc kawę dla mamy… Lubi też karuzele i znosi tam piasek.

No właśnie, karuzele… Nie znoszę ich. O co dzieciom właściwie chodzi z tym kręceniem?

Nie wiem, chodzi pewnie o stymulowanie pewnych ośrodków nerwowych.

Kontynuując: Wojtek jest już na etapie testowania. Nauczył się sam huśtać, więc jak są huśtawki, na których może sam się rozhuśtać, to on to bardzo lubi. Lubi eksperymentować i sprawdzać swoje siły. Co jeszcze? Wspinają się, zwisają głową w dół. Wszelkie chwytanie się, my to nazywamy robienie kiełbasek, czyli zaplatanie nóg, to największa frajda. Jeśli nie jest za wysoko, lubią skakać na piasek, po prostu się wywracać.

Nie mów mi, że nie drżysz i nie asekurujesz?

No właśnie nie. Jestem obok, gdyby się coś stało. Ale nie asekuruję, nie. Oni już sami decydują czego się mogą chwycić, żeby nie spaść. Jeśli mnie poproszą, no to idę. „Mamo, popatrz na mnie” – to tak. No dobra, jeżeli Hania bardzo chce podążać za Wojtkiem, no to idę, bo jednak jako 2,5-latka jest nieco mniej sprawna od niego, a robić chce to samo.

W krakowskim Parku Jordana jest taka super siatka, na prawdę wysoka, tam jest ze 3 metry, wydaje mi się. Wojtuś bardzo lubi tam wychodzić, chociaż nie na sam szczyt. A Hania za nim. I wtedy jestem i Hanię trzymam, pomagam.

Wiem, że nie jesteście rodzicami, którzy robią problem z rozbitego kolana, albo z podrapanego nosa, czy dziury w spodniach.

Nie, nie jesteśmy. Raczej to nie są dla nas żadne problemy, choć bywa, że dziura w ukochanych spodniach jest dramatem dla samych dzieci. Ale staramy się nie roztkliwiać. Te siniaki to taka nieodłączna część dzieciństwa i pewnie jeszcze nie raz i nie dwa będzie się trzeba z nimi zmagać. To jest też doświadczenie porażki, trzeba ją przyjąć. I też próba dowiedzenia się czegoś o własnych możliwościach: „czasami się po prostu wywracam”.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że plac zabaw to dobre laboratorium, żeby nauczyć dzieci wywracać się, spadać. Zazwyczaj jest tam jednak w miarę bezpiecznie. A spadać też się trzeba gdzieś nauczyć. Są dzieci, które łamią sobie nogę przy pierwszej wywrotce, bo nigdy nie miały okazji, żeby sobie poćwiczyć, jak to jest stracić równowagę.

Tak, my wybieramy specjalnie takie place, które są albo wysypane piachem, albo mają miękką nawierzchnię. Więc te nasze upadki nie są dramatyczne. Jeśli się zdarzają, to po prostu przytulamy, pocieszamy. Ale staramy się nigdy nie mówić „nie biegnij, bo upadniesz, nie wspinaj się, bo spadniesz”. Przynajmniej nie na placu zabaw.

A czy wchodzisz w interakcje z innymi mamami? Jak reagujesz na mamy w piaskownicy, które toczą opowieści o tym, co już potrafią ich dzieci?

Nie no, one mają swoje kręgi, a ja bywam sporadycznie. Czasami nawiązuję bardzo spontaniczne i krótkie relacje grzecznościowe, ale raczej nie długie rozmowy. Staram się nie opowiadać o moich dzieciach nikomu przy nich.

Za to miewam kłopot z tym, że wiele mam bardzo szybko interweniuje, kiedy pomiędzy dziećmi dochodzi do prób ustalenia granic, na przykład do zabierania czyjejś rzeczy, czy rzucania piaskiem. Ja jakoś nie mam przekonania, że powinnam interweniować, a widzę, że się tego ode mnie oczekuje. Jeśli moja Hania zabiera zabawkę innemu dziecku, to wolałabym, żeby ona usłyszała od tego dziecka „to jest moje i nie bierz tego na razie”. A zamiast tego, tamto dziecko słyszy od swojej mamy „czemu się nie podzielisz?”. A ja otrzymuję wymowne spojrzenie.

Fajnie, że o tym mówisz, bo w oczywisty sposób kojarzymy plac zabaw z treningiem sportowym, a mniej – z treningiem umiejętności społecznych. A to też jest ważne. I jeśli my wyręczamy dzieci w komunikowaniu się między sobą, to one nic nie trenują.

Trenują. Trenują takie przekonanie, że mama wie lepiej, wstawi się za mną, powie mi co mam robić. Trenują komendy, ale to nie ma nic wspólnego z samodzielnością.