niejadek650

 

 Jedne bardziej, drugie mniej, jedne tylko na wakacjach, inne tylko u babci… Ale generalnie: wszystkie dzieci od czasu do czasu grymaszą. U niektórych urasta to do dużego problemu, a żywienie dzieci staje się wtedy ogromnym stresem dla rodziców. Jak tego uniknąć?

Barszczyk – tylko w przedszkolu, marchewka - na urodę

O grymaszeniu i sposobach na nie, rozmawiam z Kasią, mamą Jadzi (8 lat), Helenki (5), Antka (4), Ani (prawie 3) i Jurka (8 m-cy).

Pytam Cię Kasiu jako eksperta: co robić, żeby dzieci nie grymasiły? Kiedy się ma ich piątkę, to chyba raczej nie da się gotować każdemu ulubionego dania?

Nie ma takiej „ogólnej” metody (śmiech…). Jak wszystkie dzieci, moje też grymaszą, ale koniec końców wiedzą, że muszą zjeść to, co im podaję. Nie mają gotowanych dań dziecięcych, tylko jedzą to co my. Od początku,  poza niemowlęctwem, są przyzwyczajani, że jedzą to samo co starsi, rodzice.

Czyli nie gotujesz osobnych zupek dla wszystkich?

Nie, nie, zwariowałabym. Jest jeden wspólny obiad dla wszystkich. Jedno śniadanie i jedna kolacja. Szanuję natomiast to, że niektórzy czegoś na prawdę nie lubią. Antek nie lubi pomidorów, więc ich mu nie wciskam.

To rozumiem. Ja też nie znoszę pomidorów.

No właśnie. Jadzia nie lubi tylko masła i buraków. Ale akurat Jadzia jest na tyle grzeczna, że jeśli gdzieś „w gościach” dostanie barszczyk, to go po prostu zje. Mało tego, ja czasem odruchowo robiąc kanapki do szkoły robię jej z masłem. I ona potem mówi: „mamo, były z masłem, niestety, ale zjadłam”.

W przypadku twoich dzieci jest chyba mało takich rzeczy, których NAPRAWDĘ nie lubią?

Bardzo mało, to prawda, nie wiem z czego to wynika. Mieliśmy o tyle dobrą sytuację, że najstarsza Jadzia taka jest: zjada wszystko. Pozostali widzą, że Jadzia zjadła wszystko i należy zjeść.

Ale na przykład Helenka idzie do stołu i mówi jednym tchem: „mamo, jaka zupa, ja nie będę jadła”.

I co wtedy działa?

Działają różne argumenty, bo dzieci są różne. Dla Jadzi, jeśli na coś nie ma ochoty, działa, że to jest zdrowe.

Na Helenkę, że działa na urodę. Naprawdę. Nie bardzo lubi marchewkę, ale z racji tego, że marchewka jest dobra na włosy i paznokcie i cerę, to dla niej to jest argument nie do podważenia.

Poza tym działa też psychologia stada: jak jedzą w grupie, to jedzą to samo. Zdarza się kilka razy do roku, że nie wstaję jak zwykle z dziećmi rano i nie robię im śniadania – robi to mój mąż. I potem patrzę, a dzieci zjadły wszystko, nawet Antek zjadł kromkę z pomidorem.

Fakt. Moje dzieci na wakacjach, kiedy były z innymi dziećmi, też wprawiały mnie w zdziwienie, nagle zjadając „niejadalne” na co dzień potrawy.

No właśnie. To samo jest w przedszkolu. Nagle w przedszkolu barszczyk czerwony smakuje!

Tak! U nas jest to samo!

Dzieci po prostu czują, kiedy mogą sobie pozwolić na grymaszenie. Kiedy ja mam słabszy dzień, to od razu zaczyna się marudzenie przy stole.

Poza tym, jak tylko zacznę zwracać zbyt dużą uwagę, to na przykład Helenka nagle nie potrafi wziąć widelca do ręki. Lepiej skupić uwagę dzieci na tym, co będzie po obiedzie. Zwłaszcza, gdy obiad jest „ryzykowny”.

Wyznaję też taką zasadę, że wolę dziecku dołożyć, niż żeby siedziało nad wielkim talerzem.

Wymaga to niestety naszej większej aktywności przy stole – trzeba się nachodzić przy dokładkach. Ale na moje dzieci działa, jak dostają małe porcje. W końcu to nie jest taki problem zjeść łyżkę surówki.

No i dodatkowo, w przypadku odwiedzin u znajomych, od razu punktujecie u gospodyni. Uwielbiam to, że twoje dzieci potrafią tak ładnie poprosić o dokładkę.

A co z metodą na „bolący brzuszek?”

Wykorzystują, jasne, na przykład, żeby iść się pobawić, gdy ktoś już skończył i nie chce mu się czekać na innych. Natomiast zwykle jest tak,    że kogo boli brzuch, ten nie dostaje słodyczy, więc…

No tak, nie opłaca się…

A właśnie, jaką macie politykę słodyczową?

Tylko w niedzielę, ewentualnie jak są goście. Jeśli dostaną słodycze poza domem, przynoszą je
i chowamy na niedzielę. Tylko w przedszkolu – nie jestem w stanie tego wyegzekwować.

W szkole  Jadzi wszystkie dzieci przynoszą batoniki i soki na drugie śniadanie. Jadzia pije wodę.

I nie robi z tego problemu?

Jakoś nie. Jest przywyczajona.

Tak sobie myślę, że to co u was na prawdę działa, to duża konsekwencja i jasne zasady.

Nie jestem żelaznie konsekwentna, choć powinnam. Ale jedno udało nam się dzieciom wbić do głowy: Dzieci wiedzą, że muszą zjeść. Jak raz, eksperymantalnie, kiedy grymasili, powiedzieliśmy im, że nie dostaną jedzenia, to byli tym tak zdezorientowani, że wymietli wszystko. Ale nie polecam zastraszania. To nie ma dobrego efektu na jedzenie.

Genralnie, nie ma u was problemów z jedzeniem?

Nie nie ma, choć bywają i takie dni, że nawet naleśniki nie pomagają…

P.S. U nas dziś „ryzykowne danie”: lazania ze szpinakiem i fetą. Trzymajcie kciuki!